Paweł Paterek, kierownik działu sportu "Żagli" relacjonuje z Walencji: Nie pamiętam, aby do wyścigu America´s Cup jachty wyruszały w nocy. Może w XIX wieku? Tak było jednak pierwszego dnia regat, w poniedziałek 8 lutego, kiedy pojawiłem się w porcie o szóstej rano.
Załoga Alinghi krzątała się na pełnych obrotach a kilkanaście minut później opuszczała swoją bazę. Powietrze o tej porze dnia było doprawdy rześkie i to mimo tego, że słowo zima w Walencji ma nieco inne znaczenie (w dzień około 16-18 stopni C).
Ekipy reporterskie obserwujące próbę startu poniedziałkowego wyścigu podzielone były na dwie części. Jedna znajdowała się na starcie, druga przy nawietrznym znaku. Ja znalazłem się w tej drugiej. Trzeba powiedzieć, że z naszej odległości nie było widać nawet małych punkcików na horyzoncie. Niezbyt dobra widoczność i dystans ponad 40 km robiły przecież swoje. Start wyścigu usytuowano mniej więcej w połowie drogi z Walencji na Ibizę.
Na tym dystansie wszystko ma się wyjaśnić. Porównując do sportu motorowego, trzeba przyznać, ze wyścig ten przypomina raczej bezpardonową gonitwę po prostej (gdzie trzeba się tylko modlić, żeby wytrzymał sprzęt) niż finezyjny match racing podobny, używając odpowiednika samochodowego, do precyzyjnych rajdów WRC.
Pogoda spłatała pierwszego dnia regat niezłego psikusa. Kiedy na starcie oba jachty stały niemal bez ruchu, na górnym znaku przychodziły równe szkwały o sile około 10-15 węzłów. Oczekiwanie na dojście tego wiatru do strefy startowej mocno znużyło wielu dzielnych fotoreporterów - po ośmiu godzinach pobytu na wodzie (od momentu wyjścia w morze do powrotu) musieli dać za wygraną - wiatr nie raczył się „przesunąć" w stronę stojących jachtów.
Nic to! Jeszcze jeden dzień właściciel Alinghi może cieszyć się z Pucharu we własnej gablocie. A propos Ernesto Bertarelli'ego. Szwajcar odważnie stanął osobiście za sterem Alinghi 5. Twierdzi, ze jego doświadczenie z walki na wielokadłubowcach wyniesione z Jeziora Genewskiego pozwoli mu pokonać amerykańskich rywali. Jeśli tak się stanie, Russell Coutts do końca życia gryźć będzie paznokcie ze zgryzoty, ze pokonał go amator i to w tak historycznych regatach. Jeśli Szwajcar przegra, pozna smak tego, co przełykali jego rywale, odkąd pojawił się w America´s Cup. Na razie bardzo cieszy go rola pełna odpowiedzialności za losy Team Alinghi.
Ciekawostka w Walencji jest fakt, ze BMW Oracle Racing w ogóle nie pojawia się w wiosce America´s Cup. Stawianie i opuszczanie wielkiego skrzydła wymaga tyle miejsca i specjalnego dźwigu, że jacht zmuszony jest cumować w części przeładunkowej portu handlowego w Walencji.










Kalendarze,
Reklamy