Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy turyście, gdy słyszy atrakcyjne i dość niedostępne słowo Australia, to charakterystyczna fauna i bujna, egzotyczna flora, będące wizytówką kontynentu, na którym, jak żartują mieszkańcy – nawet kij od szczotki zakwitnie, jeśli wsadzi się go do ziemi.
Jednak ten “nieznany południowy ląd” (łac. terra australis incognita), który rozbudzał fantazję już Starożytnych Greków, z Arystotelesem na czele, kryje w sobie wiele tajemnic i wciąż jest w stanie zaskoczyć każdego nowego odkrywcę.
Jeśli za cel podróży obierzemy Melbourne, możemy przygotować się na wielkie zaskoczenie. Szczególnie, jeśli trafimy tam w sierpniu, czyli w środku australijskiej zimy. Nim uda się nam zobaczyć pierwszego kangura, zdążymy zatrzeć w pamięci stereotypowy obraz tego kontynentu. I jedynie kwitnące magnolie i cytrynowce przypomną nam, że jesteśmy w kraju słynącym głównie z nadzwyczajnej przyrody.
Przed odlotem dowiaduję się, że nazwa miasta pochodzi od brytyjskiego premiera Williama Lamba, drugiego wice-hrabiego Melbourne z Derbyshire. Dodaje to miastu niezwykłości. Nazwisko Lamb bowiem kojarzy się z wielką i tragiczną miłością Lorda Byrona: Charlotte Lamb, żonę premiera łączył z poetą burzliwy romans.
Nocą, z samolotu, Australia zadziwia bezkresnym outbackiem, pięknie pokazanym w filmie Buza Luhrmanna “Australia”, na którym gdzieniegdzie dostrzec można pojedyncze światła – domy oddalone od siebie dziesiątki kilometrów. O świcie widać już przedmieścia Melbourne: czerwona poświata pokrywa gęsto położone, podobne do siebie domy. Oprócz olbrzymich eukaliptusów uwagę przyciąga zaskakująco niska zabudowa – rzadko który dom przekracza poziom pierwszego piętra. Jadąc z lotniska łapczywie próbujemy zobaczyć, jak to rzeczywiście tu jest, tu - “do góry nogami”. Pierwsze spotkanie z Melbourne, z perspektywy okalającej miasto obwodnicy, zawodzi. We mgle poranka widzimy wieżowce bez charakteru, skupione w jednym miejscu, a wokół nieproporcjonalnie niskie domy dzielnic mieszkalnych. Czy to tylko zmęczenie po dłużącej się w nieskończoność podróży? Czy też, o zgrozo, nie warto było cierpieć przez prawie 24 godziny?
Nic bardziej mylnego niż pierwsze wrażenie. Po krótkiej lecz niewskazanej drzemce (jet lag po drugiej stronie równika okazuje się jeszcze trudniejszy do zniesienia), gdy już sprawdzimy czy woda rzeczywiście spływa w umywalce w przeciwną stronę (tak rzeczywiście jest!), spieszymy, by zobaczyć “tę Australię”. Najpierw dziwnie brzmiące CBD, czyli samo centrum miasta. Central Business District z bliska wprawia w osłupienie. Z jednej strony nowoczesne wieżowce, z drugiej stare wiktoriańskie domy i neogotyckie kościoły, które wtapiają się niepostrzeżenie w imponujące szklane konstrukcje.
Nazywane australijskim Bostonem
Melbourne rzeczywiście przypomina po części metropolię Nowej Anglii. Oba te portowe miasta łączy podobna historyczna architektura, szczególnie eleganckie choć niewyszukane kolonialne domy z czerwonej cegły. Amerykański charakter nadają stolicy stanu Wiktoria również wszechobecne żółte taksówki i luksusowe sklepy australijskiej Piątej Alei, jaką jest ekskluzywna Collins Street. Zresztą, Australia zaskakuje swoim eklektyzmem geograficznym na każdym kroku. Jest jak tygiel kolonialnych doświadczeń Europejczyków, mikrokosmos wszystkich podległych niegdyś Staremu Kontynentowi krajów.
Pośród reminiscencji znad Oceanu Atlantyckiego znajdujemy tu wciąż silne przywiązanie do macierzystej Wielkiej Brytanii wraz z jej wiktoriańską tradycją. Na tej samej ulicy słynącej z drogich butików, znajduje się najstarszy dom towarowy – Australia on Collins. Wybudowany w stylu art deco, od 1877 był ulubionym miejscem przechadzek snobistycznej socjety dziewiętnastowiecznego Melbourne. Dziś zaskakuje turystów finezyjnymi ornamentami wewnątrz galerii handlowej i staroświecką atmosferą.
Kontynentalno-europejskiego klimatu dodają miastu typowe dla Melbourne wąskie uliczki, łączące główne ulice CBD. Takich laneways jest prawie 200. Kryją w sobie niezliczone kafejki, galerie i unikatowe butiki, przywodząc na myśl wyjątkową atmosferę Paryża czy Rzymu. Warto poświecić trochę czasu, by, niczym w Wenecji, pobłądzić bez mapy w tym rzadko odwiedzanym przez turystów labiryncie. Błądząc pomiędzy laneways w dzień można zrobić ekstrawaganckie zakupy, w nocy natomiast przypadkowo trafić do skrytych przed tłumami barów, takich jak Croft Institute, gdzie drinki serwuje się z probówek, a pije się je przy stołach przypominających te z prosektorium.
Pejzaż City urozmaica również rozbudowana sieć tramwajów, które łączą centrum z odległymi nawet dzielnicami mieszkalnymi. Niektóre, zabytkowe, tworzą niepowtarzalny klimat kolonialnego Melbourne. Centrum komunikacji miejskiej jest stacja przy Flinders Street. Żółty edwardiański budynek nad rzeką Yarrą stanowi przeciwwagę usytuowanego tuż obok Federation Square, nowoczesnego centrum kulturalnego (w którym odbywa się między innymi doroczny polski festiwal).
Wszyscy, którzy nie lubią blichtru komercyjnego centrum biznesu, wytchnienie znajdą w Fitzroy.
Bohemiarska dzielnica, położona po drugiej stronie rzeki, przenosi nas w zupełnie inny świat, świat undergroundowego rocka, którego w ogóle nie spodziewamy się w kraju, gdzie króluje piaszczysty outback i dziko biegające kangury. Zaniedbane, choć przepiękne, finezyjne wiktoriańskie domy, swą architekturą przypominają klimat Nowego Orleanu. Alternatywny charakter tego zakątka Melbourne jest uderzający. Liczne księgarnie z używanymi książkami kryją w sobie prawdziwe skarby wydawnicze po bardzo przystępnej cenie. Sklepy muzyczne to kopalnie starych płyt winylowych. W knajpianych menu głównie organiczna żywość i produkty z sygnaturą Fair Trade. Na chodnikach Gertrude i Fitzroy Street – głównych ulic dzielnicy, ludzie zupełnie odmienni od eleganckich pieszych w CBD. Tu króluje styl artystowski, grunge’owa kultura niemal nie wpuszcza nikogo z zewnątrz. Turystów tu nie ma – na pierwszy rzut oka nie znajdzie się tu przecież nic atrakcyjnego: brudne ulice i podejrzanie wyglądający ludzie. Fitzroy żyje swoim własnym rytmem i warto poczuć tętno tego miejsca. Stwarza pozory slumsów, a w rzeczywistości jest to perełka na mapie Melbourne.
Kolejne oryginalne odkrycie czeka w nadmorskiej dzielnicy weekendowego wypoczynku – St. Kilda. Acland Street słynie z wybornych cukierni. Estetyka St. Kildy utrzymana jest w tonie kiczu. Niczym kolebka kultury masowej, centrum rozrywki klasy robotniczej Nowego Jorku – Coney Island, St. Kilda ma za zadanie bawić całe rodziny w słoneczne, wolne od pracy dni. Służy temu nie tylko słodkie zagłębie ciastkarskie i plaża z zabytkowym molo (St. Kilda Pier), ale przede wszystkim staromodny luna park. Leciwy już, nieco zaniedbany obiekt jest wizytówką dzielnicy. Do środka wchodzi się przez ogromne usta klauna, który bardziej przypomina Jokera z serii o Batmanie niż przyjaznego dzieciom cyrkowca. W cieniu luna parku stoi budynek starego, zapuszczonego teatru Palais, który wraz z nieco makabrycznym wejściem do wesołego miasteczka sprawia dziwne wrażenie miejsca-widma, zapomnianego przez wszystkich, ale noszącego oznaki dawnego splendoru.
Nie można jednak zapomnieć, że jesteśmy w Wiktorii, zwanej “zielonym stanem Australii”. Okolice Melbourne to także Australijskie Alpy, ale przede wszystkim piękne wybrzeże. Na zachód od Melbourne rozciąga się jedyna w swoim rodzaju trasa widokowa – Great Ocean Road. Licząca 240 km droga szczególne wrażenie robi właśnie zimą, gdy jest rzadziej uczęszczana i bardzo melancholijna. Great Ocean Road, wybudowana na cześć żołnierzy poległych w I wojnie światowej, zaczyna się w Torquay. W tym miejscu, opuściwszy Zatokę Port Philip, nad którą leży Melbourne, jesteśmy już u wybrzeży Pacyfiku, a dokładnie na Wybrzeżu Wraków. Na całej długości Great Ocean Road rozciąga się raj dla surferów. W małych miejscowościach, szczególnie wokół plaży Bells, pełno jest specjalistycznych sklepów. Mimo, że to środek zimy, zapaleńców nie brakuje. Fale są idealne dla miłośników sportu. Na plaży, opatuleni w ciepłe kurtki chroniące przed bardzo silnym wiatrem, obserwujemy trenujące szkółki. Zresztą, trudno samemu, mimo chłodu i braku pianki, nie rzucić się na fale Pacyfiku. A warto, o tej właśnie porze roku!
Pejzaże wzdłuż trasy są niezwykle malownicze.
Szerokie, piaszczyste plaże, strome, zielone urwiska, wysokie wzgórza, na których widać okazałe letnie domy, z wielkimi oknami i szerokimi tarasami, urocze latarnie morskie. Przy gęsto rozsianych punktach widokowych, znajdujemy popularne barbecue, czyli miejsca do rodzinnego grillowania. Australijczycy zabierają na wycieczki bardzo urozmaicony prowiant, za kilka centów włączają BBQ i ucztują z widokiem na ocean. Warto zwrócić uwagę na wielką kulturę tamtejszego grillowania – barbecue zawsze zastaje się nienagannie czyste, bo każdy dba, aby następni biesiadnicy zastali miejsce gotowe do użycia.
Najpiękniejszy jednak widok to rząd skalnych iglic, niegdyś połączonych ze sobą, zwanych Dwunastoma Apostołami. Znane jedynie z fotografii, z bliska wyglądają bajkowo. Uderzane wściekłymi sierpniowymi falami, monumentalne, robią piorunujące wrażenie. Nieopodal znajduje się wąwóz Loch Ard, zwany Blowhole. Łączy się z nim bardzo romantyczna historia dwóch, jedynych ocalałych rozbitków z parowca Loch Ard, Ewy i Toma, którzy dzięki niszy w tejże zatoczce, przetrwali katastrofę i, jak głosi legenda, zostali kochankami. Obserwując dzikie fale, wdzierające się w wąski wąwóz, nietrudno wyobrazić sobie dlaczego z tym miejscem łączy się tyle tragicznych katastrof rozbitych statków.
Ostatnim punktem Great Ocean Road jest Warrnambool – wielorybniczy port, znów przywołujący na myśl tradycje Nowej Anglii z jej Nantucket i historią Moby Dicka. Od czerwca do września możliwe jest tu whale-watching, czyli obserwowanie wielorybów w ich naturalnym otoczeniu.
Na Great Ocean Road dostać się można również drogą nieco okrężną, przez Półwysep Mornington, okalający Zatokę Port Philip. Mornington słynie ze swej śródziemnomorskiej aury. W nadmorskich, kurortowych miejscowościach, takich jak Sorrento, znajdujemy zaciszne knajpki z wybornymi owocami morza. Do tego można skosztować tamtejszych win – zbocza półwyspu pokrywają malownicze winnice. Degustacja win, wraz z lokalnymi serami (są rzeczywiście znakomite i śmiało mogą konkurować z włoskimi czy francuskimi), warta jest grzechu. Szczególnie, że niektórzy twierdzą, iż to właśnie australijskie wina są najlepsze!
Jednak również samo Melbourne oferuje wiele atrakcji tym, którzy zainteresowani są bardziej żeglugą i sportami wodnymi niż zwiedzaniem. Bayside to słynna plaża na wschód od centrum miasta. Znajdują się tu charakterystyczne bathing boxes – plażowe domki, w których rodziny trzymają wszelkie utensylia potrzebne do spędzania całego dnia nad morzem. Właściciele dbają o ich wygląd, prześcigając się w pomysłach na malowanie ścian.
Rajem dla żeglarzy jest nowo przebudowany Docklands,
w samym centrum miasta. Pośród przepięknych biurowców, są tu cztery mariny i atrakcyjna promenada. Oprócz Docklands, jedna z najstarszych części miasta – Williamstown. Z dużej przystani mamy widok na wieżowce CBD, a oprócz tego wiele restauracji, barów i fish chipperies – gdzie można zjeść tradycyjne angielskie, niezmiernie popularne także tutaj, danie: rybę z frytkami.
Prawdziwa gratka wszystkich miłośników żeglugi czeka jednak dopiero w lecie, w okresie Bożego Narodzenia. Najstarsze regaty w Australii (piąte na świecie!) – Rudder Cup, z Melbourne do Lauceston, jako część popularnych Christmas yacht races, odbywają się równocześnie ze słynnym Rolex Sydney Hobart. Trasę z Portsea – kilkadziesiąt kilometrów od Melbourne, do Lauceston na Tasmanii pokonuje co roku około stu uczestników.
Boże Narodzenie spędzane na plaży to kolejne zaskoczenie. Nic już jednak nie może zdziwić przybysza z drugiej półkuli. Melbourne to dziecko trudnej historii. Na wskroś brytyjskie, łączy w sobie także amerykańską arogancję i europejski artyzm. Ten nieznany ląd zaskakuje bogactwem kultury, sztuki, obyczajów. W drodze na lotnisko, w dzień odlotu, zobaczyłam, niczym olśnienie, samochód z wielkim napisem “Serendipity”. Tak, przybycie do Melbourne to prawdziwa serendypność, jak u Horace’a Walpole’a: szczęśliwe odkrycie, gdy szuka się czegoś zupełnie innego.
Marta Mędrzak



















Kalendarze,
Reklamy

