Jego projekt udziału w regatach Transat 650 na jachcie Allianz.pl okazał się sukcesem. Postanowił coś i to zrealizował. Obecnie kapitan Jarosław Kaczorowski pracuje nad rozwojem swojej kariery. Myśli o żegludze na Class 40. Organizuje także wyścig katamaranów wzdłuż polskiego wybrzeża Enea Baltic Sailing Cup, których pierwsza edycja również wypadła wspaniale. To była długa rozmowa telefoniczna, ale bardzo ciekawa. Zapewniamy!
Dariusz Urbanowicz: Wyścig katamaranów Enea Baltic Sailing Cup otrzymał świetne recenzje. Chodzą słuchy, że szykuje się kolejna edycja?
Jarosław Kaczorowski: Czynimy starania. Odwiedzamy włodarzy miast i miejscowości, do których chcielibyśmy zawitać podczas regat.
Masz już wstępną koncepcję, jak miałyby wyglądać?
Pierwsza edycja dała nam wiele do myślenia. Chcę powrócić do pierwotnej formuły tego wyścigu i poprowadzić trasę wzdłuż całego polskiego wybrzeża. Planuję rozpocząć w Szczecinie, gdzie odbyłyby się dwa dni wyścigów pod kątem sponsora, a potem „heja!” na wschód. Będzie więcej etapów, to pewne. Zaczynamy powoli wszystko organizować. Składamy oferty do miast. W grudniu mam nadzieję podpisać wstępne umowy.
Kojarzysz się bardziej z osobistym udziałem w wyścigach morskich i oceanicznych. Nie masz ochoty na jakieś przedsięwzięcie?
Muszę przyznać, że moje plany nie rozwijają się na tę chwilę. Tyle się teraz mówi o Volvo Ocean Race i tym chętniej zrobiłbym jakieś regaty dookoła świata.
W polskim projekcie?
Coraz więcej słychać o polskim projekcie, choć bardzo nieoficjalnie. Kiedy jednak patrzę na rynek, nadszedł ciężki czas. Przez te zawirowania na giełdach niewygodne stają się rozmowy o marketingu. Rozmawiałem z moim kolegą z dużej firmy, który zawsze o tej porze roku miał już zapięty budżet na cały następny rok. A on dopiero dostał, bardzo okrojony zresztą, plan wydatków na pierwszy kwartał. Wierzę, że sytuacja się wyklaruje, gospodarka podźwignie się z tego kryzysu i będzie lepiej. W końcu zrobimy jakiś fajny projekt. Wydaje mi się, że nasza ekonomia zacznie sprzyjać i firmy zaczną się reklamować poprzez oceaniczne żeglarstwo.
Wrócę jednak do tematu twojego żeglowania. Po powrocie z mini transatu mówiłeś o chęci zmiany klasy. Wciąż myślisz o Class 40?
Oczywiście, ale muszę znaleźć na to pieniądze. Class 40 to klasa największych wymiataczy. We Francji nie wsiądziesz na Open 60, dopóki nie pokażesz się w Class 40. Wszystkie większe regaty Artemis, Jacques Vabres, Route du Rum to właśnie wyścigi „czterdziestek”. Może startują też Open 40, ale najważniejsi żeglarze pływają na Class 40. Wspomniany Artemis to regaty, które bardzo chciałbym zrobić. Najbliższe odbędą się w 2012 roku, a wcześniej wziąć udział właśnie w tych pozostałych. Są takie piękne regaty Quebec – San Malo, na które mógłbym zabrać sponsorów na wycieczkę życia. To regaty z wiatrem, na ogromnej prędkości, a na pokład zabiera się określoną w przepisach minimalną liczbę osób np. cztery czy sześć.
Ile taki projekt kosztuje?
Cztery miliony złotych na trzy lata. Nie zawiesiłem starań, mimo że głównie zajmują mnie inne sprawy. Myślę, że jest to osiągalny w Polsce projekt w tej chwili. Istnieje możliwość zebrania takich finansów i jednocześnie zadowolenia sponsora. Po dwóch trzech latach stać mnie na bardzo dobry wynik. Wydaje się, że właśnie Artemis są idealnymi dla mnie regatami. Cały wyścig pod wiatr i pod prąd przy niskich temperaturach. Bardzo zimno. Na Mini właśnie w takich warunkach robiłem najlepsze wyniki. Kiedy jest trudno, wtedy się sprawdzam. Nie powiem, że lubię zimno i walkę pod prąd i fale, ale tak faktycznie było.
Równolegle z Volvo Ocean Race ruszyły „czterdziestki” w okołoziemskim wyścigu Portimao Global Ocean Race. Do tego lada chwila ruszy Vendee Globe. Jaki jest sens takiego przedsięwzięcia, które odbywa się w cieniu znacznie większych imprez?
No właśnie, czytałem o tych regatach. Ciekawe jak „czterdziestki” poradzą sobie na Oceanie Południowym. Nigdy dotąd jeszcze się tam nie ścigały. Trasę mają bardzo trudną. Obecność innych flot w tamtym miejscu ma istotny aspekt bezpieczeństwa. Są takie miejsca, gdzie można liczyć tylko na innych żeglarzy, bo dla śmigłowców za daleko, a statki docierają tam po kilku dniach. Więc jak się coś stanie, po prostu zwiększy się szansa na ratunek. Więc nie jest to takie niemądre, choć na pewno z punktu widzenia mediów jest to niefajne.
Polskie żeglarstwo może sobie powspominać kilka projektów: Warta-Polpharma, Bank BPH, twój samotny wyścig przez Atlantyk i Allianz, obecnie Mateusz Kusznierewicz ścigający się w RC44 na Organice. Ponoć ma powstać druga załoga w tej klasie. Czy wciąż jest miejsce na żeglarstwo jako nośnika reklamowego?
Mam wrażenie, że pozycja żeglarstwa jest naprawdę coraz mocniejsza. Wnioski z moich obserwacji są takie, że kadra kierownicza, z którą rozmawia się o inwestowaniu w żeglarstwo sportowe, zaczęła żeglować. W ogóle dużo ludzi żegluje. Coraz rzadziej zdarza mi się rozmawiać z kimś, kto nie wie o czym mowa. Kilka lat temu musiałem tłumaczyć o co chodzi, że żeglarstwo nie ma nic wspólnego z nurkowaniem ani wspinaczką. Decydenci w koncernach często uprawiają różne sporty, w tym żeglarstwo, a może czasem przede wszystkim żeglarstwo.
Czyli możemy się łudzić, że jeszcze powstanie fajny polski projekt?
Gdybym nie myślał, że coś się uda, poddałbym się już dawno. Musi się znaleźć ktoś, kto połączy żeglarstwo z marketingiem. Dla mnie idealnym przykładem jest to, co zrobił Zbyszek Malicki z projektem Nivea Błękitne Żagle. W prosty sposób połączył interesy sponsora i żeglarzy. Dzięki pomysłowi mnóstwo małych ludzi zaczęło żeglować.
U nas takie projekty policzyć można na palcach jednej, no może dwóch rąk. Toczymy ciągłą walkę z materią...
Na świecie takie firmy jak Atlant Ocean Racing działają na początku dziennym. Aktualny Volvo Ocean Race to ich bodaj trzecia lub czwarta kampania. Teraz wprowadzili dwie łódki Ericssona, wcześniej Assa Abloy, Intruum Iustitia i EF Languages również oni prowadzili. Tam działa dwóch ludzi, Richard Brisius oraz Johan Salen. Obaj wcześniej żeglowali na bardzo wysokim poziomie. Richard w Pucharze Ameryki, a Johan to świetny deskarz. Prowadza przedsięwzięcie, które pozwala realizować marketing firm właśnie przez żagle. Podmiotem działalności jest firma inwestora, a zyskuje przez to całe żeglarstwo. Może ja dojrzeję kiedyś, aby się nauczyć robić to na takim poziomie.
Kiedy Illbruck wygrał Volvo Ocean Race, to firma Assa Abloy miała największy zwrot medialny. Z kolei żeńska załoga EF Languages także zarobiła najwięcej, mimo dziewczyny że złamały maszt, pokłóciły się...
Podstawy ku takim wyzwaniom masz...
To prawda. Zrealizowałem dwuletni projekt z Allianzem i Mondial Assistance. Teraz znacznie lepiej rozumiem potrzeby sponsorów. Poznałem też system działania mediów i jak zainteresować prasę, kibiców, sponsorów poprzez przekaz medialny. Jeśli te elementy zadziałają, wówczas także zawodnicy mają z tego zysk. Oprócz wymiernych finansowo korzyści, zyskują doświadczenia, z czasem także popularność...
Na świecie zawodnicy nie mają problemów ze znalezieniem pracy w swoim fachu. W naszym kraju rynek zawodowych żeglarzy jest raczej ubogi, choć bynajmniej nie wynika to z braku ludzi. Z czego zatem?
Uwarunkowań jest wiele i znaczna część wynika z układu politycznego ostatnich kilkudziesięciu lat. Teraz coś drgnęło, ale i tak wynajmujący jachty starają się sami nimi zarządzać, co przynosi opłakane często skutki. Wolą na własną rękę prowadzić jachty, niż wynajmować specjalistów. Tak naprawdę, jedyny rynek na świecie, na którym żeglarze mają sporo pracy to Morze Śródziemne. Nawet w USA, z tego co wiem, nie jest wcale tak prosto. W krajach śródziemnomorskich żeglarze pracują w firmach takielunkowych, czy żaglowniach, a oprócz tego żeglują regatowo. U nas, jeśli ktoś pracuje w stoczni żeglarskiej, z rzadka ma czas na coś innego. Sytuacja jest taka, że gospodarka się rozwija, więc szansa na zmiany istnieje. Ważnym aspektem jest fakt, iż żeglarstwo ma opinię sportu pozytywnego - czystego. Nie ma w nim afer. Ma za to pozytywne konotacje społeczne. Stąd ci, którym zależy na dotarciu do szerokiej publiczności, często decydują się na inwestycje związane z naszym sportem. Przez ostatnie trzy lata zrobiłem regaty solo przez Atlantyk oraz regaty katamaranów. Przewartościowałem w sobie widzenie tego wszystkiego. Zrozumiałem, że sponsor to nie dojna krowa, a takie jest ogólne podejście. W rzeczywistości zawodnik i sponsor są partnerami. Nie wiem, czy jestem idealnym przykładem, ale „moje” firmy traktowały mnie bardzo dobrze, więc i ja nie miałem powodów, aby nie wykonywać mojej roboty jak najlepiej. Mimo że w obu projektach nie było dużych nakładów na media, dzięki internetowi choćby zainteresowanie regatami transatlantyckimi sięgnęło dwóch milionów osób, bo tyle osób weszło na trzy strony tego projektu. Z kolei Enea Baltic Sailing Cup uzyskały dwa miliony złotych zwrotu medialnego. Okazuje się, że również Allianz Direct stwierdził wzrost liczby ubezpieczających się w miastach, które odwiedzaliśmy z regatami katamaranów. Zupełnie innymi wartościami może kierować się szefostwo koncernu, dla którego żeglarstwo niesie pozytywne wartości. Chodzi mi nie tylko o pozytywny przekaz na zewnątrz, ale także wewnątrz, skierowane do pracowników firmy. Przekaz ten głosi: współpracujemy z fajnymi ludźmi, z innej branży, ale to co robią jest wartościowe, dobre i motywujące.
Mówisz o instytucji menedżera żeglarskiego, który podziałałby także jako „motywator”. Coś takiego chyba przydałoby się polskiemu żeglarstwu olimpijskiemu?
Nie ukrywam wielkiego wrażenia pod względem wyników polskich zawodników klas olimpijskich. Jesteśmy jednym z cudów świata danym od Boga! Policzmy, ile osób u nas żegluje i ile mamy sukcesów. Mamy jedną łódkę klasy Star, może ze trzydzieści laserów. W „normalnym” kraju żegluje kilka tysięcy laserów, a ściga się setka. A to my w wielu klasach jesteśmy mistrzami. Nie mamy ilości, którą możemy przekuć na jakość, lecz paradoksalnie stanowimy samą jakość! Wyniki Polaków to jakaś magia!
Mimo wszystko słyszy się o rozczarowaniu, jakim były wyniki Polaków w Qingdao...
Ja jestem zwolennikiem teorii: igrzyska dla ludu. Zdumiewa mnie cała atmosfera wokół olimpiady. Komuś się uda wygrać, wykorzysta jedyną szansę i od razu staje się bohaterem. To niedorzeczne. Dla mnie cenniejsze jest pierwsze miejsce w rankingu. Nie kwestionuję idei olimpijskiej, ale nie jestem jej wielkim sympatykiem. Za dużo tam loterii, ale może właśnie dlatego to pociąga ludzi?
Na forach dyskusyjnych pojawiły się hasła „wysadzić PZŻ”. Czy aby na pewno jest to dobre rozwiązanie?
System szkolenia jest dobry, ale trzeba poprawić menedżerski zakres prac. Większość zawodników to moi koledzy. Kiedy pytam ich jak było na olimpiadzie, opowiadają o atmosferze, wspaniałej ceremonii otwarcia czy zakończenia. A to nawet lepiej w telewizji widać, niż tam ze stadionu. Wokół całych igrzysk tworzone jest „wielkie halo”, przez co zawodnicy tracą z horyzontu nadrzędny cel jakim jest ściganie. To regaty są głównym celem. System szkolenia na tym najwyższym poziomie w kraju jest super. To widać po rankingach światowych. Coś jednak trzeba zmienić w głowach. Żeglarze jadą na olimpiadę nie tylko po to, by zobaczyć jaka to impreza, ale ścigać się, wygrywać. Sądzę, że przydałby się właśnie ktoś taki jak „motywator”. Kiedy patrzę jak Anglicy traktują igrzyska, widzę armię ciągnącą na wojnę. To reprezentanci kraju z misją. Wszyscy na nich patrzą. Mam wrażenie, że nasi sportowcy tego nie czują. Nie chcę by to zabrzmiało, że ich krytykuję. Lecz Anglicy wygrywają, dzięki temu są dumą narodową i starają się jak najlepiej dla kraju. Kółko się zamyka. Naturalnie mają świetnych meteorologów i całe zaplecze, jakiego możemy pozazdrościć. Ale nasi też mają świetnych fachowców. Wielki szacunek dla Witka Dudzińskiego, bo nie dość, że on wie co robi, do tego ma charyzmę i wiedzę. Super. W naszym zespole powinien pojawić się meteorolog z prawdziwego zdarzenia. Zawodnik musi mieć pewność działań. Schodzisz na wodę i wiesz, że masz kompetentnych doradców. To poprawia pewność siebie. Qingdao, jak słyszałem, to niezwykle trudny akwen i trudno było się opierać w stu procentach na prognoazach, ale znowu wygrali Anglicy. Coś w tym jest. Przecież mamy świetnych zawodników i trenerów, do tego dobry system. Trudno się przyczepić w tej mierze do PZŻ. Być może za dużo działaczy, jeździ a za mało fachowców. Pewnie z czasem się to zmieni, bo wyjazd za granicę będzie normalnością, a nie nagrodą i zamiast oficjeli będą jeździć fachowcy z prawdziwego zdarzenia. Kiedy słyszę głosy, aby wysadzić „Chocimską” nie jestem za tym. Trzeba poprawiać, a nie burzyć. Jak w każdym biznesie.
Rozmawiał
Dariusz Urbanowicz
Żagle










Kalendarze,
Reklamy

